Użytkowanie darmowego oprogramowania, czyli niewymagającego uiszczania przez nas jakichkolwiek opłat by móc z niego korzystać, wcale nie jest pozbawione kosztów. Koszty te nie muszą być stricte finansowe, choć często można je na takie przeliczać. Nie inaczej jest z niedarmowym oprogramowaniem. Jednak gdy już za coś płacimy, wymagamy od zakupionego produktu więcej, w szczególności niwelowania tych pozostałych kosztów. To normalne i nie ma się co nad tym rozwodzić. Ale czy normalne jest, że wymagamy od darmowych produktów mniej?
Moim zdaniem nie, a przynajmniej – myślę, że wielu się ze mną zgodzi – nie jest to zdrowa sytuacja. Tak samo jak niezdrowe (żeby nie powiedzieć chore) jest wydawanie produktów bez oznaczeń alfa, beta, RC itp., a zawierających istotne regresje, niedoróbki, uchybienia czy błędy. Takie aplikacje, nieugotowane nawet na miękko, nie mogą być “sprzedawane” jako gotowe do użycia (implikacja braku specjalnego oznakowania wersji lub ustalenia numeracji dla czysto deweloperskich celów), nawet jeżeli doda się gwiazdkę i dopisek, że to wersja tylko dla lubiących zabawy na krawędzi. Poglądy te wyrażałem już zresztą w komentarzach na OSnews.pl, np. pod wpisami o KDE SC 4.4 czy Amaroku 2.1.
Darmowe oprogramowanie, niezależnie od tego czy jest ono wolne i udostępniane są jego kody źródłowe, jak uwielbiam (bez appfilii proszę) to nie za bycie darmowym, a za sprawne robienie tego, do czego jest przewidziane, gwarantując wysoką produktywność. Dziwnym trafem z reguły tyczy się to aplikacji konsolowych. Vim, sed, awk – opanowanie tych aplikacji w stopniu podstawowym zajmuje niestety trochę więcej niż minutę, ale zdecydowanie nie jest to czas stracony. Taki Vim chociażby ideałem oczywiście nie jest, bo np. programować w C/C++ wolę pod Qt Creatorem, m.in. ze względu na wygodniejsze podpowiadanie i uzupełnianie. Irssi/ekg/ekg2 i screen tworzą kolejne niezastąpione tandemy. Wiedzą o tym nawet programiści pracujący w GG. Git to następne świetne narzędzie, niestety pozbawione sensownego GUI. Niestety może nie dla mnie (choć czymś graficznym dobrze obsługującym odpowiednik git add -p bym nie pogardził; git-gui nie jest sensowne a ohydne), bo awesome3 i tak odpalam po to, by uruchomić w nim masę terminali, ewentualnie google-chrome i gVima (gdy piszę LaTeX-owe dokumenty), ale wiem, że jest to dla wielu duża bariera.
Czemu Mercurial mógł się dorobić dojrzałych aplikacji graficznych na różne platformy a git nie? Programiści jądra Linux nie potrzebowali takich fanaberii i dalej nie potrzebują. Tylko że git już jakiś czas temu wyszedł spod strzech kernelowych hackerów. Klikający użytkownicy narzekają, bo dlaczego mieliby tego nie robić? Chyba nie ma sensu by deweloperzy gita zajmowali się tego typu problemami, ale jeżeli traktują swój produkt poważnie, nie powinni ich z założenia olewać. Gitg, Giggle ani tym bardziej qgit nie prezentują sobą zbyt wiele, ale git-gui to nie jest to, czego oczekuje przeciętny użytkownik.Git z pewnością do wszystkich nie celuje, ale jego audytorium na przestrzeni lat istotnie się powiększyło, więc warto czasem posłuchać narzekań z drugiej strony barykady, bo jutro może tej barykady już nie będzie.
Na co ja narzekam? Na różne rzeczy, parę wymieniłem np. w poprzednim wpisie, parę wymienię tutaj, jeszcze trochę w przyszłości, a o milionie innych pewnie nie będę miał siły wspominać. Grub2 ewoluując w różnych aspektach chyba trochę przesadził, co dobitnie skomentował Pavel Machek. Ja chętnie dalej korzystam z grub-legacy, jak został ochrzczony w debianowym repozytorium. Otwarcie prezentacji z PowerPointa w OpenOffice Impress i manipulacja zawartymi w niej tabelkami wymaga niebywałej, nieludzkiej wręcz cierpliwości. Skąd te dziwne przycięcia przed pokazaniem się paska narzędzi związanego z tabelami? Konwersja nagrania dokonanego w recordMyDesktop z Theory na inne formaty lub wsadzenia w jakiś kontener, tak by potem wideo działało tak jak powinno, wydaje się chyba rzeczą niemożliwą do zrealizowania z pomocą aplikacji ffmpeg czy mencoder. Nie wspominając już, że nagranie filmu z pulpitu z dźwiękiem tak by się nie rozjechał w trakcie późniejszego odtwarzania (ponoć to problem tylko niektórych konfiguracji sprzętowych), to kolejne niebywałe wyzwanie, nawet na przyzwoitych maszynach.
Przejdźmy na chwilę do aplikacji webowych, tych sygnowanych znaczkiem Google. Korzystam z kilku i uważam je za całkiem udane. Oczywiście w Gmailu wolałbym mieć prawdziwe wątkowanie wiadomości tak jak w Zoho Mail, ale nie jest to brak, który uniemożliwia odnalezienie się w poczcie. Było przez jakiś czas niezwykle irytujące działanie odpowiedzi, która domyślnie odpowiadała jedynie nadawcy wiadomości, później można było to naprawić poprzez Labs, ale jeszcze później, z nieznanych przyczyn, ta modyfikacja zniknęła. Odpowiadanie w dwóch kliknięciach było irytujące, ale na szczęście opcja odpowiadania wszystkim w końcu stała się domyślną. Szkoda, że wprowadzenie tego drobnego usprawnienia w życie zajęło tak dużo czasu. Natomiast wprowadzenie chowających się etykiet z usunięciem możliwości trzymania ich z prawej strony (dostępnej kiedyś w Labs) to decyzja, której nie potrafię zrozumieć. Jest jednak jeszcze coś gorszego w kalendarzu, coś co wykracza poza ramy zdroworozsądkowego myślenia. Czy potrafi ktoś wyjaśnić brak jakiejkolwiek opcji, umożliwiającej w którymkolwiek z widoków zobaczenie opisu zdarzenia lub chociaż jego skrótu, np. w takim planie dnia, gdzie byłoby to najłatwiej zrealizować? Klikaj dwa razy by wejść, raz by wyjść i tak w kółko – czy to jest zdrowe rozwiązanie?
Można powiedzieć, że czepiam się, czasem nawet szczegółów, ale czy to czasem właśnie detale nie przesądzają często o użyteczności danego rozwiązania, danej technologii czy wreszcie aplikacji gdy reszta elementów jest bez zarzutu? Po prostu lubimy korzystać z rzeczy wykończonych, wycyzelowanych, a z tym w darmowym oprogramowaniu bywa słabo. GIMP, jeden z flagowych produktów projektu GNU, także z tego powodu kuleje. Mnogość opcji to nie wszystko, look’n’feel jest również istotny. To czy brakuje mu tylko pewnych szlifów czy dużo więcej jest kwestią kontrowersyjną. Miałem swego czasu nieprzyjemność korzystać z programu Corel Photo-Paint ileś wersji wstecz. Obcowanie z GIMP-em, może w mniejszym stopniu ale jednak, przypomina mi te niemiłe wspomnienia. Nie musicie pisać, że GIMP ma ogromne możliwości, ja to wiem. Wyborny trunek w niekrystalicznie czystym kieliszku czy poplamionej szklance, wcale nie musi wybornie smakować, nawet jeżeli otrzymaliśmy go gratis. Inną kwestią jest czy w ogóle zdecydujemy się na jego wypróbowanie?
Co mogę na koniec dodać? Po prostu nie można być bezkrytycznym, bo stosowanie podwójnych miar tylko umacnia twierdzenie, że darmowe oznacza gorsze, w myśl powiedzenia “tanie mięso psi jedzą”. Tak długo jak programiści popularnych aplikacji pozostaną ślepi czy choćby obojętni na ewidentne problemy oraz głusi na prośby i sugestie użytkowników, tak długo ludzie będą kupować aplikacje, po prostu by zaoszczędzić. Nie chodzi przecież o to, by deweloperzy w podskokach realizowali zachcianki użytkowników swoich aplikacji, a by istniała naturalna forma komunikacji między nimi prowadząca do ulepszania produktu, interakcja wykraczająca poza: dodaj bug w BTS i nie marudź…
Źródło: Darmowe oprogramowanie – kocham i nienawidzę (OSnews.pl)
Popularity: 1%
Sprawdź Także Następujące Wpisy:
- Internet – urząd czy targowisko – debata na temat wolności w Sieci
- Strony rządowe przygotowują się do obrony przed atakami
- Wreszcie dobra dyskusja o ACTA u Lisa
- Strona Premiera RP hacked. Update: MON i PARP też. (nie chodzi o DDOS)
- Polski rząd popiera ACTA i uważa to za sukces


